Kupiłam sobie fajne spodnie, przymierzyć już nie zdążyłam bo Zuzia, wchodziła wtedy w fazę "Ja chce juz stąd wyjść. NOW! I mówiąc NOW, mam na myśli TERAZ!" :)chyba każda z nas ten stan zna. Wiec złapałam spodnie licząc, że będą dobre.
Niestety przymiarki w różnych okolicznościach dnia nie pozostawiają nadziei.
Trzymanie ich na "lepsze" czasy nie miało sensu, bo tylko mnie irytowały, bo ciągle je mierzyłam. I nie było żadnej poprawy :(
Więc...
Postanowiłam je uszyć dla Zuzi, nawet nie chciało mi się kalkować wykroju z Burdy i posłużyłam się innymi spodniami.
I tak oto mi to wyszło. Spodnie są trochę za luźne i je ciutkę zwężę, żeby tylko przypadkiem się nie tarły po rajstopach.
Uszyłam luźne spodnie Szymkowi, typu alladynki. Jeszcze nie mierzone, więc nie wiem jak wyglądają w praktyce, ale chyba będzie dobrze.
Są z grubszej melanżowej dzianiny. Idealnie by pasowały ściągacze w nogawkach, ale mam wrażenie, że takie właśnie spodnie widziałam, że ktoś już szyje, więc na razie kombinuje jakoś inaczej.
Chwilę temu myłam kubek po jogurcie (segregujemy śmieci)i nagle mnie olśniło, że kiedyś już tak robiłam.
Że myłam kwadratowe, prążkowane pudełka po kefirach, robiłam z nich piramidkę, żeby na wiosnę posłużyły jako doniczki na sadzonki pomidorów:)
I tak od myśli do myśli, przypomniało mi się, że w moim dzieciństwie nie było jogurtów owocowych, tylko serek homogenizowany przykryty złotkiem:)Mleko w butelce, a potem w folii.
A pomidory jadłam idąc na grządkę z solniczka i siadając tak aby mieć w zasięgu jak najwięcej krzaczków:)
I nagle poczułam się straaasznie stara i że jak o tym myślę, to wydaje mi się, że to był zupełnie inny świat, wieeeki temu.
pozdrawiam serdecznie :)








































